To był początek lata, przy drodze lipa rozkwitła Widziałem dym nad lasem, między drzewami coś błyska Słyszałem śmiechy z daleka, widziałem iskry ogniska To przyjezdni studenci, przy ich namiotach ktoś pysk darł Choć dystans był spory, trzeba przepłynąć rzekę Na łowach jestem tak cicho jakbym nie był człowiekiem Nie rozstaje się z sierpem gdy się w łowcę zamieniam Ich krzyki w lesie usłyszą jedynie nocne zwierzęta Pierwsza studentka szcza w krzakach, reszta siedzi w obozie Przyjechali w dwie pary, żadna nie wróci z powrotem Zdążyła jęknąć O Boże gdy ją chwyciłem za gardło Jej kark strzelił tak jakbym nadepnął na gałąź Jej chłopak rozmawiał z parką, najebani w trzy dupy Parka zasnęła w namiocie gdy on zmartwiony wyruszył Szukać swej luby w zaroślach bo nie wracała dość długo Nie mógł przypuszczać że noc zmieni się w randkę z kostuchą Zanim runął na ziemię, cały zalał się juchą Wbiłem mu sierp w oko tak że ostrze wyszło przez ucho Nawet nie poczuł bólu, zdążył się jeszcze zakrztusić Ślina z krwią w jego ustach jak bordowe jacuzzi W tak dużym lesie mnie spotkać to niczym wygrana w lotto Została mi jeszcze para, kimali sobie tak słodko Jej musiało być chłodno więc schowała się w śpiwór Zacząłem tłuc nią o drzewo, się nie obeszło bez krzyków Miotałem nią kilka minut aż nastała cichosza Przestała wierzgać a krew przeszła poszycie śpiwora Jej chłopak stchórzył od razu jak tylko otworzył oczy Pobiegł w las, niemądrze, tym bardziej o pierwszej w nocy Nie musiałem go gonić ponieważ sam wdepnął w sidła Noga zmiażdżona w kolanie, płacząc próbował ją wyrwać Głośno charczał w agonii, krew mu ciekła po łydkach To był początek lata, przy drodze lipa rozkwitła Oh, nie ma nic poza śmiercią Poza strachem, gdy ktoś kona wrzeszcząc Mam w sercu lód a w oczach ciemność Ponad wszystko na świecie kocham mięso Oh, nie ma nic poza śmiercią Poza strachem, gdy ktoś kona wrzeszcząc Mam w sercu lód a w oczach ciemność Ponad wszystko na świecie kocham mięso Nie będzie happy endu w tej bajce Trzeba spalić ich rzeczy i posprzątać ten bajzel Ten jeden z nogą w pułapce przestał w końcu się drzeć Kiedy zrozumiał że nie ma ratunku tylko jest śmierć Próbował się jeszcze bronić, cisnął piachem mi w twarz Myślał że dam się zaskoczyć lecz ja naprawdę ich znam I nawet chciał się boksować, przeklinał i mnie obrażał Lecz gdy odciąłem mu łeb skończyła się jego szarża Zebrałem ciała w obozie, wrzucam ich ciała do ognia W takie wieczory jak ten płatnica bywa pomocna Ale jej nie mam, no popatrz, czeka mnie jeszcze spacer Do domu i z powrotem żebym wykonał swą pracę Mam wprawę w obróbce mięsa a ludzie nie są czymś więcej Najpierw łamię im gnaty żeby obciąć im ręce Następnie nogi i głowy, tnę jakbym był w szale Sterta kończyn wygląda jak stos popsutych lalek Zabrałem ze sobą nóż, profesjonalny, masarski Obieram ręce z mięsa trzymając je za nadgarstki Obieram żebra, łopatki, biorę się zaraz za uda Najlepszym kąskiem są łydki tak delikatne jak kura Ta jedna była tak chuda że nie ma co jeść Tym co wyciąłem z jej ciała ledwo by najadł się pies Zaczynam drzeć ich skóry razem z stertą organów Część wrzucę do rzeki a część zakopię w piachu Jeden z chłopaków, ten drugi, co uciekł jak dzieciak Ma wytatuowaną łacińską sentencję na plecach Obdzieram ją delikatnie żeby nie popsuć wzoru Oprawię ją sobie w ramkę żeby zawiesić w domu Pomimo chłodu nad ranem jestem spocony jak świnia Będę kolejne pół dnia z mięsem rzekę przepływać Mama mi wbiła do głowy Zawsze synku pamiętaj Kto nie haruje ten nie je, a ty masz chyba tasiemca Większość mięsa zamrożę, starczy do połowy lata Policja nigdy nie znajdzie żadnego śladu w tych lasach Wkładam za pasek sierpa, ty jak w okolicy się znajdziesz To zapamiętaj, nie będzie happy endu w tej bajce