Jak niewolnik toniesz w gównie zaufania spłacasz kredyt tak w
Hodowli trzody ludzkiej od pierwszego dnia na ziemii w tej niedoli
Szanse złudne bo wciąż skazani na niebyt bez litości tyś jak kundel
Gdy nie należysz do elit bezbronny każdą sekundę marnej egzystencji
Nic nie wymodlisz nie wiesz co tutaj się święci błądzisz od dnia
Narodzin gdzie ten folwark zwierzęcy prosi się powoli grzecznie
Gęsiego do rzeźni rytualne mordy w najlepszej intencji syndrom
Sztokholmski dwuznaczności więzi chów klatkowy nie ma wolności
Dla biednych tu woły tracą głowy rzucam pawia na twój prestiż
Ciągły ruch toporny trasa z rozpaczy do nędzy żyjemy w tej dystopii
Chcą nam tak tu skracać męki wyścigi po forsę kręcisz dalej się jak w
Pętli bo jak system pierdolnie już nie najesz się pieniędzmi

Na ogonie masa wciąż niekumata śpi gdy szyję owija wąż eskulapa w tle
Sałata więc mniejsza o zdrowie tu gady kręcą liczby dzięki twojej
Chorobie ty komuś zależy na rozbiciu stada w pył świadomy tego
Milczysz chyba ci odpowiada podupada wiara znów na zachodzie rada
Zacznij gadać nim cię zarżną w zagrodzie tu światem rządzą wilki jak
Mówił Bill Hicks ledwo starcza ci na wikt i na odzież byku na dole nie
Pomoże z nich nikt przelew krwi i przepływ kwitu to jeden piknik
Aportuj waruj dawaj dawaj solidny kawał wytrenowanego mięsa nie
Bądź jak dobrze wyedukowany baran bo w żadnej szkole nie uczy się
Człowieczeństwa

Ładna pani w telewizji opowiada piękne kłamstwa czuję że mi się ze
Stresu żołądek ściska jak pięść ludzie nigdy nie dostrzegą prawdy
Niczym ślepiec światła bydło też jest nieświadome tego że idzie na rzeź
Nasz chleb powszedni zgnił naszym prowiantem jest pleśń już nawet
Nie czujesz trutki którą karmią cię dzień w dzień walę łbem w
Telewizor i tłuczonym szkłem się tnę pani z wiadomości mi kazała
Słyszę w tle jej śmiech nim zdechniesz to musisz przez życie iść tam
Gdzie ci rozkażą masz żreć spać i nie polemizować z władzą masz żyć
Pracą rozmnażać się i zamknąć ryj lub zdechniesz pod kopytami stada
Charcząc w krwi świat to gniazdo żmij na głowę zakładam kaptur
Mijam plakaty z uśmiechniętymi twarzami kłamców przy nodze kula i
Łańcuch czuję smak swych łez smutek z twarzy wraz ze skórą zmywa
Kwaśny deszcz to Hedora