Składam się z depresji, nie potrzebuję spięć Już zawsze będę wściekły, bo mam w naturze gniew Przywykli malkontenci, muszę skreslić ich Na pętli wisi prestiż... Nienawidzę biec, no bo wiem, że nie ma za czym Pantomima ze zdjęć, wyglądacie jak na tacy Zdradza Was każdy gest, a niby tacy kumaci Niby nie, paraliże serc zgniatają mnie i Wasze fałszywe japy Światła, mrok, falstart dogania nas, miasta, tłok (a, a, a, a, a) Skok na bok, to zwykle przeraża nas, jak na złość (a, a, a, a, a) Światła, mrok, falstart dogania nas, miasta, tłok (a, a, a, a, a) Skok na bok, to zwykle przeraża nas, jak na złość (a, a, a, a, a) Nikt nie miał do mnie części, musiałem naprawiać się sam Wszyscy byli jak przerażeni, gdy na ich oczach chłopak wstał Chcą wyciągnąć spod moich źrenic, jakiś sposób, tak jakbym go znał Ty nie kupisz go za setki, prestiż - to nie moja twarz Znanym być – Ty zmieniłbyś swoje nazwisko, oddałbyś wszystko Wstydzisz się matki, liczą się marki i ich współpraca z tym konformistą Pokaz im tylko, kogo podpalisz, żeby zabłysnąć Pokaż im tyłek, pokaż im, ile na siłę tu zdołasz jeszcze wcisnąć Czy to jeszcze biznes, czy handel stęchlizną? Czy Cię jeszcze słyszę, czy to, co Ci piszą? Oczy nieszczęśliwe, w Mercedesach milczą Nocą maja chwilę, w ich poduszki wyją Światła, mrok, falstart dogania nas, miasta, tłok (a, a, a, a, a) Skok na bok, to zwykle przeraża nas, jak na złość (a, a, a, a, a) Światła, mrok, falstart dogania nas, miasta, tłok (a, a, a, a, a) Skok na bok, to zwykle przeraża nas, jak na złość (a, a, a, a, a) Światła, mrok, falstart dogania nas, miasta, tłok (a, a, a, a, a) Skok na bok, to zwykle przeraża nas, jak na złość (a, a, a, a, a)