Yeah, yeah, yeah, ah, okej Ten w proszku Xan wjeżdża jak jebany automat Na końcu dnia sami uśmiercamy się - to fakt To, co tu mam, będzie liczyć po nas ciągle VAT Wikingowie, umieramy pchając flotę w dal Jak Ragnar, tam skąd pochodzę, kto najdalej doszedł? Ja Jak Ragnar, gdy umrę w ziemi obcej, blok się dowie sam (rrra) Proszę nie bać się tych twarzy z ekskluzywnych aut To te same są chłopaki, ale szybszy świat Nadchodzi ciężki czas, więc pompują, pełno gwiazd Potem przez nich dzieci myślą: "co to jest 50k?" Przeleci czar jak piach, bez pengi będzie szukał rad I memem się tu stanie wtedy jego, kurwa, głupia twarz Kto wchodzi w tłum jak swój? Sarius Widzisz mnie, to masz mnie w uszach już Wiele to warte, uszanuj Kiedy tu wpadnę, to król w szachu Kiedy tu wpadnę, to kurwa już Przyjdą też inni z dwóch światów Jesteś mi winny w dwójnasób (puka-a-am już) To nowa technologia, nie ładuję się, gdzie kable Czuję zagrożenie, kosa, a nie "jak mnie tu znalazłeś?" Jesteś zjebany, Twoi starzy nie spełnili marzeń A ta nuta kopie twarze za te kurwa komentarze Qu'est-ce que c'est? Jesteś darem dla polskiego rapu (Qu'est-ce que c'est?) Pieprzę Cię tak jak całą tę muzykę klaunów No to leć, nie ma opcji, że nie pyknie, nie Prędzej Słoń przebiegnie się po beacie tu za parę taktów Wojtek i Mariusz robią Ci w bani barłóg Jakbyś wyjebał pół barku i to przegryzł garścią Valium, oh Witamy w kraju kłamców, wałków, lewych faktur Nas dwóch jak wieżę patrona, zrzuca cień na Wasze IQ Pociągam za spust, jucha wypływa Ci z kasku Kiedy zaśpiewam jak Magnum, szykuj się, bratku, na wizytę w piachu Pierdolę zastój, nie chcę mieć życia w odcieniu melanżu, chcemy w chuj hajsu Na taktach uprawiam parkour, choć jestem królem nietaktu Jestem jak Fifty i Jay-Z, bo też Ci nie podam nigdy ręki (nigdy) Ona fajnie dupą kręci, pyta, kim jest Szekspir (hahahaha) Ziemia to kopalnia beki, ludzi obojętnych Na to, że to głównie śmiechy z głodnych, głupich, no i biednych Pełno młodych ludzi, to staruchy bez energii Bo się można z życiem znudzić, patrząc na tę cenę werwy Wow, przez te nerwy w końcu padnie kiedyś pierwszy strzał I pójdzie w niebyt cały ten śmieszny społeczny ład Nie życzę biedy tej młodzieży tak bezczelnej, że ała Potrzeba pengi, gdy Cię już od fety zęby nie chcą znać Kłamiemy w żywe oczy tym, co widzą piękno w nas Pochodzimy z ziemi, która Cię zamieni w twardy głaz Tak Cię wchłonie świat, aż się staniesz częścią nas (i co?) Potem spadniesz, jeśli się okażesz jedną z gwiazd Powiedziałeś swej wartości, że jej nie chcesz znać (nie chcesz znać) I nie stykło Ci na bilet w drugą stronę, bon voyage Bon voyage, nie sztuką jest, dotknąć, ziombal, dna Brutalne realia jakby Bóg nami tu w Mortal Kombat grał Bieda miesza się z bogactwem i trwa wojna klas Musisz przeć do przodu, choćby w twarz Ci kurwa orkan wiał Bombaclat, ta, Słoń na scenę niczym bomba spadł Mimo że nawijam fikcję, przysięgam, że kurwa dość mam kłamstw To Wojtek Rozpruwacz, węszy za mną Scotland Yard Została po mnie w Twoim domu odciśnięta krwią dłoń na drzwiach Oh my God, matkojebco, zdychaj, oddaj majk To nie Oskar White, bliższe mi są słowa "prostak", "cham" Gram o swoje na swój sposób, choćbym miał tu zostać sam Jak w Matrixie wyrywam Ci kable z głowy, robię format łba (hahahaha)