Nienawidził świąt, odkąd sięgał pamięcią
Te kolędy, reklamy go kiedyś serio zamęczą
I wiedz jedno, że nie irytuje go tylko gwiazdka
On dokładnie w ten sam dzień musiał przyjść na świat

Jego matka, gdy podjechał pod dom już w oknie
Wyjął z auta prezenty, dwa wina i słodkie
Gdy wszedł na pierwsze stopnie, drzwi otworzył mu ojciec
Rodziców widział rzadko, bo nieczęsto był w Polsce
Mieszkali w wolnostojącej chacie za miastem
Żadnych sióstr i braci, miał tylko ojca i matkę
I przez to, że w gwiazdkę obchodził dwa święta
To emocje przelane na niego były jak ciężar

Do pracy wyjechał za granicę dość dawno
Świadomy, że to głównie przez relację z matką
Bo była wciąż niańką, nawet jak dorósł
Takie życie jest wygodne jedynie na pozór
Ojciec lekkoduch, robił co kazała matka
Od razu wziął od niego wszystko, co przyniósł w siatkach
Standardowa gadka, że mógł nie przywozić nic
Przecież jedzenie jest potąd, a prezenty weź idź

Zamknął za sobą drzwi i nie zdążył zdjąć kurtki
Gdy przybiegła do niego uradowana z kuchni jego matka:
"Słodziutki, dobrze, że jesteś
Zaraz skończę gotować, piętnaście minut jeszcze"

Ojciec w najlepszej koszuli jak co roku
Wystroił choinkę i udekorował pokój
Wyprasowany obrus i, jak każę tradycja
Jeden talerz więcej na wypadek czyjegoś przyjścia
Sztuczna choinka, pod nią leżą trzy prezenty
Dorzucił dwa od siebie do tej niewielkiej sterty

I stwierdził, że pójdzie zobaczyć swój stary pokój
Na plakatach miał piłkarzy i sportowy samochód
Wzrokiem omiótł stare śmieci, wrócił do salonu
Spytał po drodze matkę, czy może w czymś jej pomóc
"Ale gdzie tam, idź do stołu, bo zaczynamy zaraz
Mam nadzieję, że nie jadłeś, bo jest żarcia jak w koszarach"

Ojciec do niego zagadał: "Co tam słychać, jak w domu?
Czy na pewno nie chcesz zostać u nich do nowego roku?
Jakby co, masz swój pokój, siedź u nas ile chcesz
Przecież tak rzadko odwiedzasz, synek, naszą wieś"

Nim zaczęli jeść, matka ze łzami w oczach
Powiedziała, iż jest dumna z tego, że jej młody chłopak
Zdołał sobie poradzić za granicą, lecz szczęście
By odczuwała większe, gdyby odwiedzał ich częściej

"Widziałam się z księdzem i kupiłam opłatek"
Jedną trzecią dała jemu, jedną trzecią jego tacie
Wzruszona, jak zawsze przez dobre pięć minut
Ciągnęła nieprzerwanie swój emocjonalny wywód

"Synuś, ty masz dzisiaj urodziny oprócz świąt
Trzydzieści trzy lata temu się urodził mały gnom
Pamiętam, że nie chciałam cię wypuścić ze swych rąk
Wiedz, że tu zawsze masz rodziców, swój dom"

Wpadła w ton niemalże histeryczny
Ojciec przerwał, mówiąc: "Najlepszego sobie życzmy"
I siadajmy do wigilii, polał zupy rybnej
Menu w święta matce wjeżdża na ambicje

Jak zawsze było pyszne, dwa rodzaje pierogów
Ale nie takie kupne, sama lepiła je w domu
Konfitura z głogu, ryba po grecku, galarty
I tyle bigosu, że mógłbyś pułk nakarmić

Podczas kolacji atmosfera zelżała
Wypili dwa wina i zaczęli rozmawiać
O tym, jak praca, o tym, czy się wyjeżdżać opłaca
O wysokości podatków i o tym, kiedy awans

Czy znalazł sobie w końcu kogoś, no i kiedy znajdzie?
Każda mama by się chciała kiedyś zmienić w babcię
O tym, że sąsiadce ktoś spod domu ukradł auto
Już nie jest tak, jak kiedyś, i trzeba uważać bardzo

Przez taką zwykłą rozmowę poczuł wyrzut
Że nie chciał tu przyjeżdżać i że żal mu jest rodziców
Że oni chyba w życiu nie byli na wakacjach
I że chyba faktycznie mógł częściej do nich wracać

"Boże, co za kolacja" – wyrzucił z siebie ojciec
"Chyba pęknę, jak zjem jeszcze choćby małą porcję"
Po czym poszedł do kuchni, mówiąc: "Pomóż mamie
Posprzątaj wszystkie talerze, a ja nastawię kawę"

Marszałek Sejmu w TV życzenia składał
Kolędy i świąteczne filmy na innych kanałach
Razem z kawą mama przyniosła na stół ciasto
Dodając: "Zobaczmy, co w tym roku da nam Gwiazdor"

Każdy prezent z kartką, z osobnym imieniem
On się zdziwił, bo tylko na jednym prezencie widnieje
A co roku rodziciele go zasypywali wszystkim
Od wojennych książek po zestawy pod prysznic

Ojciec dostał torfową whisky od matki
Matka od ojca oprawione zdjęcie z Jastarni
Pojechali tam dwie dekady temu do ciotki
Mama znów się wzruszyła: "Kochani moi chłopcy
Jesteście tak podobni do siebie, kropla w kroplę
Postawię to zdjęcie w naszej sypialni na oknie"

Po chwili ojciec otworzył prezent od syna i skwitował:
"Fiu, fiu, popatrz, jaka maszyna!"
W rękach trzymał model do sklejania F-16
"Zaraz zacznę go składać i, jak nie skończę, nie zasnę"

Matce kupił zestaw kremów, świeczek i perfum
"Jakie piękne zapachy, aż mi ciepło na sercu"
"Już dość naszych prezentów, teraz otwórz swój"
Dwójka rodziców przeszywała go wzrokiem przez stół

Czuł jakieś dziwne napięcie, delikatny stres
Aż odpakował pudełko z taśmą VHS
"Co to jest?" – zapytał z lekkim uśmiechem jak dzieciak
Ojciec spojrzał na matkę, znów na niego, i powiedział:

"To, to jest kaseta, wideo, taka z filmem
Pamiętasz VHS-y, więc co tak pytasz na imię?
No dalej, synek, idź, włącz to" — pogonił go rodzic
"Specjalnie na tę okazję podłączyłem magnetowid"

Nie wiedział, co zrobić i siedział z kasetą w rękach
Aż po chwili pogoniła go również rodzicielka
"No dalej, co tak czekasz? Idź już to podłączyć
Co tak siedzisz jak sierota i liczysz w pokoju kąty?"

No w sumie co miał robić? "Jezu, co za dzień"
Włożył taśmę w odtwarzacz, na pilocie wcisnął "play"
Kamera trzęsła się, na początku lekki chaos
Wrócił na krzesło wzroku od TV nie odrywając

Obraz zaczął łapać ostrość, aż skumał w lekkim wstrząsie
Przed kamerą na ekranie była jego matka z ojcem
Stary z wąsem, zero brzucha, jaki młody i ta kurtka zimowa
"Dziś już nikt takich nie nosi"

"I te włosy, w ogóle, że on miał jakąś fryzurę?
Dzisiaj piwny brzuch, łysina, a matka tu już w ogóle"
"Ty miałaś rude włosy? Mama, pierwsze widzę"
Śmiał się syn, patrząc jak jego młodzi rodzice

Idą nocą w zimie, matka zawinięta w szalu
Po drugiej stronie ulicy stał polonez i maluch
Niestety wycie wiatru zagłuszyło wszystko inne
Wywnioskował, że rodzice chyba mówią coś o zimie

Weszli po przeciwnej stronie jezdni na jakiś podjazd
I przez brak świateł latarni całkowicie sczerniał obraz
Nagle jasna kropka, ekran zalał się światłem
Osoba trzymająca kamerę miała latarkę
Spytał swoją matkę

"A kto trzymał kamerę? Czemu w środku nocy
Wchodzicie na czyjś teren?" – spytał swoją matkę
"Oglądaj!" – matka szeptem uciszyła go
Kamerzysta zrobił najazd na ojca, który wyciągał klucz

Ojciec wyciągał chyba klucz z kieszeni w kurtce
By otworzyć drzwi do domu, jak się okazało wkrótce
Buty brudne od śniegu nawet ich nie zdjęli
Poczuł w tym momencie nerwowy ucisk jelit

Oglądał swych rodzicieli, jak w środku nocy za młodu
No nie wiem, chyba się włamali do czyjegoś domu
Byli już w środku, szeptali coś bezdźwięcznie
Kamerzysta zamknął drzwi i po cichu weszli głębiej

Po lewej oświetlony choinką duży pokój
A oni skręcili w prawo, idąc w kierunku schodów
Ojciec z przodu zażartował, pokazując matce
Że niby tak jak w bajkach skrada się wchodząc na palce

Ona zaczęła śmiać się, on szybko ją uciszył
I poszli w górę schodów cicho jak kościelne myszy
"A gdzie są domownicy? W ogóle co to jest?"
Ojciec mu odpowiadając zrobił wskazujący gest

"No nie pytaj się co chwilę, tylko oglądaj film"
A napięcie narosło, kiedy podeszli pod drzwi
Cichy pisk zawiasów, weszli do czyjejś sypialni
Kilka zdjęć na meblościance oświetlał blask latarki

Próbował się przypatrzyć, ale nikogo nie poznał
Na ścianie domowników wisiał rodzajowy obraz
Po obu stronach łóżka stoliki z nocną lampką
A w łóżku ktoś śpi — chyba facet z jakąś babką

Ojciec z matką się rozeszli, każdy po jednej stronie
I stojąc tak bez słowa, tylko patrzyli po sobie
Nad facetem ojciec, matka nad tą kobietą
Oglądał to w milczeniu, czekając, aż coś powiedzą

Serce jak stary resor zaczęło mu tłuc
Gdy zobaczył, że matka wyciąga z kieszeni nóż
Bladym niczym duch, patrzył nie wierząc oczom
Na film, jak jego młodzi rodzice za młodu nocą

Stoją nad czyimś łóżkiem
A kolejnym szokiem jest chwila, w której ojciec wyciąga z kurtki młotek
Ten krótki moment, nie wiem, ile mógł trwać
Ale trwał całą wieczność i przysięgam, kurwa mać

W jednej sekundzie przerażenie zastąpiło strach
Ojciec zaczął tłuc młotkiem, a matka zaczęła dźgać
Twarz tego mężczyzny — zaskoczenie z bólem
Ojciec bił go w twarz i głowę, mocno trzymał za koszulę

Po drugiej stronie łóżka jeszcze większy horror
Twarz kobiety i poduszka jak oblane winem porto
Przykryci kołdrą, wyrwani ze snu
Wycharkiwali coś, co nie przypominało słów

Pełno czerwonych smug, kobieta z dziurą w gardle
Matka, dysząc ze zmęczenia, dźgała ją, gdzie popadnie
Oboje w dzikim szale, nagle zrobiło się cicho
Ojciec bił tak mocno, że przez czaszkę się przebił na wylot

Przed chwilą tam spali ludzie, teraz tam leżą strzępy
Zdyszany spojrzał do kamery i wyszczerzył zęby
Był cały we krwi, z resztą to samo matka
Ciężko łapiąc powietrze, zapaliła światła

I to nie ostatnia rzecz, która miała się wtedy stać
Bo z sąsiedniego pokoju dobiegł dziecięcy płacz
"What the fuck?" Nie czekając, poszli obok
Czuli się już bezpiecznie, rozmawiali między sobą

Zapalili światło, wchodząc do dziecięcego pokoju
A blask w kamerze był tak jasny, jakby strzelił piorun
W łóżeczku obok stołu płakało się, wiercąc
Maleńkie, może miesięczne, pomarszczone dziecko

Matka lekko je podniosła, zaczęła nim bujać
Uspokajający głos, była niemożliwie czuła
Zapłakana buzia dziecka, obok twarz matki
Cała we krwi, po niewyobrażalnie krwawej kaźni

Masz takie małe łapki, taki mały nosek
"Od dzisiaj będzie mieszkać z nami ten maleńki prosiek"
Ojciec ją objął, ona zaczęła płakać
Ojciec dał jej buzi w głowę, czule patrząc na bobasa

"To twój tata i mama" — powiedział i się zaśmiał
I dokładnie w tym momencie skończyła się taśma
W pokoju światła choinki i nic więcej
Siedział w szoku, jak po dachowaniu trzęsły mu się ręce

Jedynym dźwiękiem było wideo robiące "stop"
Skurczony żołądek, mózg sparaliżował szok
"Co to było? Co to jest za obłęd?"
W przepoconych dłoniach z nerwów ściskał spodnie

Spotkał się po dłuższej chwili wzrokiem ze swym ojcem
"To? To był film z twych narodzin, drogi chłopcze"
To było jeszcze gorsze, mógł nie pytać o nic
Mógł po prostu stąd odjechać i nie wracać już w te strony

"Co za rodzic robi dziecku takie pranie łba?"
Nie wiedział, czy tłumi krzyk, czy tłumi w gardle płacz
"Spytałeś nas o to, kto trzymał kamerę?"
Jego matka, jak gdyby nigdy nic, patrzy przed siebie

"To był prezent, a prezenty przecież przynosi Mikołaj"
Poczuł, jak stróżka potu spływa mu w dół czoła
"No popatrz, synek, tam w kocie stoi obok krzesła"
Zgłupiał i tam spojrzał, ale przecież nikt tam nie stał

"Przestań, co ty gadasz?" Wzrokiem wrócił na matkę
Miał wrażenie, że za moment psychika mu się rozpadnie
"Co wy odpierdalacie?" — uniósł się i zaczął kląć
Lecz rodzice uśmiechając się, tylko patrzyli w kąt

Jakby ktoś faktycznie stał tam, więc jeszcze raz tam spojrzał
I w tym momencie dobiegł go śmiech matki i ojca
Z najciemniejszego kąta, utopionego w cień
Niczym plama atramentu wyzierała ciemna czeluść

Patrzył w milczeniu, przerażony dłuższą chwilę stał
Myśląc, czy faktycznie ciemność się układa w jakiś kształt
I na moment przed tym, jak urwał się rodziców śmiech
A z ich oczu, ust i nosów zaczęła wypływać krew

Doszedł goniski szept, dziwny głos jakby w czaszce
I zanim stracił rozum, sam zaczął głośno śmiać się